
O smuceniu się pisałem w ostatnim wpisie.
Dziś byłem w Polsce. Ale tylko przez łącza internetowe. Wyczytałem, że Węgrzy przodują w smuceniu się i w byciu ponurakami na terenie Europy. Hmmm... Dane rzeczywiście przygniatają. W ciągu ostatnich trzech lat wskaźnik depresji wzrósł ponoć z 13 do 18 procent.
Nie jest żadną tajemnicą, że na cmentarzu nie raz, nie dwa żegnać mi trzeba było biednych samobójców.
Skąd się to wzięło? Pani psycholog z artykułu mówi: Przyczyną jest brak celów, do których można dążyć. Węgrzy widzą swoją przyszłość jako pustą i beznadziejną. I pewnie ma rację. Osobiście znam wielu bardzo optymistycznie nastawionych do życia Węgrów, ale tak z własnych obserwacji: nie da się ukryć, że wielu innych próbuje pokładać nadzieję bądź w politykach (którzy robią ludzi w balona), bądź w pracy od świtu do nocy (za cenę życia rodzinnego), bądź...
Twardy orzech do zgryzienia. Faktem jest, że rozwody to niemal standard, czego efektem jest życie rodzinne leżące często w gruzach. Głównie z tego typu środowisk dzieci chodzą smutne i przygnębione. Rozwalone życie rodzinne nigdy nie poprawiało wskaźnika depresji. I co tu się dziwić, jak w wielu rodzinach pojęcie Boga wrzuca się do kubła na śmieci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz