wtorek, 21 października 2008

Węgrzy - ponuracy?


O smuceniu się pisałem w ostatnim wpisie.
Dziś byłem w Polsce. Ale tylko przez łącza internetowe. Wyczytałem, że Węgrzy przodują w smuceniu się i w byciu ponurakami na terenie Europy. Hmmm... Dane rzeczywiście przygniatają. W ciągu ostatnich trzech lat wskaźnik depresji wzrósł ponoć z 13 do 18 procent.
Nie jest żadną tajemnicą, że na cmentarzu nie raz, nie dwa żegnać mi trzeba było biednych samobójców.

Skąd się to wzięło? Pani psycholog z artykułu mówi: Przyczyną jest brak celów, do których można dążyć. Węgrzy widzą swoją przyszłość jako pustą i beznadziejną. I pewnie ma rację. Osobiście znam wielu bardzo optymistycznie nastawionych do życia Węgrów, ale tak z własnych obserwacji: nie da się ukryć, że wielu innych próbuje pokładać nadzieję bądź w politykach (którzy robią ludzi w balona), bądź w pracy od świtu do nocy (za cenę życia rodzinnego), bądź...

Twardy orzech do zgryzienia. Faktem jest, że
rozwody to niemal standard, czego efektem jest życie rodzinne leżące często w gruzach. Głównie z tego typu środowisk dzieci chodzą smutne i przygnębione. Rozwalone życie rodzinne nigdy nie poprawiało wskaźnika depresji. I co tu się dziwić, jak w wielu rodzinach pojęcie Boga wrzuca się do kubła na śmieci.

Piątek


To był piątek. Zeszły piątek. Pierwszy raz w życiu widziałem człowieka, któremu w piątek po południu łzy ciekną po twarzy z powodu zakończenia pracy... Ja zawsze w szkole czekałem na piątek :)
Ale tu sprawa miała się trochę inaczej. Pożegnaliśmy naszą panią Elę, która pracowała w biurze parafialnym. Czemu piszę o tym. Bo płakała. Gdy przyszła do pracy 3 lata temu, to już wtedy wiedziała, że tylko na te 3 lata, i potem trzeba odejść...
Dlatego płakała. Nam też będzie smutno bez niej.
A i w głowie coś zostanie, że w piątek po południu człowiek może się smucić końcem pracy...

wtorek, 14 października 2008

Lekca religii w szkole


A miało być fajnie... W piątek mieliśmy kolejną, comiesięczną Mszę św. dla młodzieży. Organizujemy te spotkania od roku. Raz sąsiednia parafia, raz my. Tym razem u nas było. Moje dziewczyny świetną dekorację zrobiły, śpiewy przygotowały itd. No i tym razem "przygniotła" nas liczba uczestników. Radość :) To był piątek na naszej parafii.
Potem powoli rozpoczął się nowy tydzień: przyszedł poniedziałek. Jak zwykle udałem się do szkoły podstawowej, gdzie chodzę od miesiąca. Znając tutejszą rzeczywistość, nie oczekiwałem tłumów... I rzeczywiście - tłumy nie przyszły. Wszedłem do klasy. Usiadłem za biurkiem. Spojrzałem na... puste ławki. Ktoś zapukał. Hehehe: przyszedł kolega szukać dzieci do nowoorganizowanej grupy harcerzy. Też się trochę zdziwił.
Ten dzień więc uznałem za spalony. Ale że Pan Bóg jest litościwy i dla mnie, muszę dokończyć tę historię bardziej optymistycznie: wyszedłem przed szkołę i spotkałem jedną uczennicę (zrozumiałem po madziarsku, że nie dotarła do klasy, bo przeoczyła godzinę). I coś jeszcze powiększyło mą radość. Kolejna dziewczyna wyraziła chęć chodzenia na religię. Jest radość :)
Tak właśnie wygląda katecheza w madziarskiej szkole...

czwartek, 2 października 2008

Na początku było Słowo...



Mamy dziś Dzień Aniołów Stróżów :)
Może to mój Anioł właśnie pomógł wreszcie wcielić w życie zamiar, z którym nosiłem się od dawna: Jak opowiadać o niektórych wątkach z otaczającej mnie rzeczywistości, gdy zaległości w poczcie elektronicznej jak powalona betonowa ściana nieustannie przygniatają moje sumienie...
Może więc blog choć w części będzie odpowiedzią na "nieodpowiedziane" listy :(
Dziś więc rozpoczynam. Start!